Skip to main content

Co dzieje się z naszą wiarą teraz?

W zakończeniu swojego słynnego „hymnu o miłości” św. Paweł pisze:

Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie. Po części bowiem tylko poznajemy, po części prorokujemy. Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe. Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce. Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz: Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany. Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość (1 Kor 13,8-13).

„Teraz widzę niejasno”, czyli niedokładnie. Trochę widzę, trochę nie. Coś tam niby widzę. Częściowo widzę, a reszty się domyślam. Ktoś musi mi podpowiedzieć; pomóc zrozumieć, co widzę. Kiedyś przyjdzie taki moment, kiedy zobaczę całkowicie wyraźnie. Będę pewny mojego widzenia. Przekonam się, że jest tak, jak mnie wcześniej zapewniono. Póki co polegam na otrzymanej podpowiedzi i zapewnieniu; na objaśnieniu, które mi podano. Wierzę. Jeśli wierzę „w coś”, to znaczy, że wierzę komuś. W chrześcijaństwie tym kimś jest Bóg mówiący do mnie przez swojego Syna, Jezusa Chrystusa.

 

Co dzieje się z naszą wiarą teraz? Wzmacnia się czy chwieje?  Czy nie zagubiliśmy jej źródłowych treści, łączących z Jezusem i świadectwem Apostołów, tworzących pierwotny Kościół, umocniony tajemnicą tajemnic - zmartwychwstaniem Chrystusa? 

 

Czy przypadkiem nie stajemy się, z dnia na dzień, ludźmi traktującymi niedzielne uczestnictwo w liturgii jako konieczność, to zaś usypia wrażliwość religijną, zamyka ją w coraz bardziej kostniejącym rytuale? Przy tym nacisk procesów sekularyzacyjnych, promujących obojętną postawę wobec wszelkich form nabożnego zaangażowania sprawia, że w wielu środowiskach egzystencjalne odwołania do Boga straciły na znaczeniu i nie wywołują już żadnych osobowych reakcji, nie wpływają też na jakość społecznego życia.

Nie jest to łatwe. Z jednej bowiem strony nie wszyscy wierzący podejmują trud współpracy z Duchem Świętym, tracą religijną odwagę, poddając się aurze wytwarzanej przez współczesny świat, będący w wyraźnej opozycji do chrześcijaństwa; z drugiej zaś strony mamy do czynienia z jawną utratą wśród ludzi zrozumienia istoty Kościoła Chrystusowego. W tej zdecydowanie perfidnej sztuce osłabiania świadomości eklezjalnej znamienną rolę odgrywają środki społecznego przekazu, które zdają się - niemal w imieniu hierarchów - kształtować program duszpasterski Kościoła. Poprzez medialną koncentrację uwagi tylko na zagadnieniach organizacji i reorganizacji struktur kościelnych, kwestiach etycznych, celibatu, roli kobiet w liturgii, homoseksualizmu, inżynierii genetycznej, podkreślaniu, że rządzących Kościołem zupełnie nie interesują moralne aspekty kapitalizmu, przedsiębiorczości, czy problemy pracowników - zatraca się sam nerw obecności Kościoła w świecie, prawda o zbawieniu, wysłużona przez Jezusa na krzyżu. Funkcje Kościoła sprowadza się najczęściej do zaspokajania czysto ludzkich potrzeb, nie-mających wiele wspólnego z tym, czego chciał Chrystus.

Ile w nas Chrystusa?

Benedykt XVI przypominał swego czasu, że Kościół tylko zewnętrznie jest zbudowany przez ludzi. Za tą ludzką strefą znajdują się przecież Boskie, nadprzyrodzone, więc nietykalne struktury. Tego żaden reformator, socjolog, organizator nie ma prawa ani możliwości tknąć. Gdyby pozostać na ludzkim poziomie pojmowania Kościoła, wówczas i prawdy wiary mogą wydawać się arbitralne, a wiara traci autentyczny, zagwarantowany instrument, poprzez który mogłaby się wyrażać. Ewangelia staje się tylko Jezusem-projektem, projektem społeczno-wyzwoleńczym, czysto historycznym, tylko pozornie religijnym, w gruncie rzeczy - ateistycznym. Trzeba za wszelką cenę unikać tego rodzaju myślenia i wracać do podstawowej nauki Kościoła, opartej na fundamentalnym doświadczeniu wiary, dotyczącej Boga i Jego opatrznościowej opieki nad ludźmi i całym kosmosem; wiary, która wyrasta z głębokiego przeżycia, nie wikła się natomiast w spekulacje wiodące najczęściej do religijnych karykatur zagrażających ostatecznie samej wierze. Od tego, czy pozostaniemy osobami wierzącymi, zależy miejsce, jakie będzie zajmował Kościół w społecznościach nowoczesnych.

Chodzi - powtórzmy dobitnie - o zachowanie wizji życia i Kościoła, jaką zaproponował Chrystus. Żeby taka sytuacja mogła nastąpić i umacniać się, powinniśmy wiedzieć, że jesteśmy ludźmi słabymi i zbyt łatwo nie rozgrzeszać się ze zła, które czyha z wielu stron. Płytkie samozadowolenie z siebie to groźna pułapka. Należy również uznać za oczywiste, że to właśnie Jezus ma moc wyzwalania z grzechów, przyjmowania do grona swoich najbliższych, którzy - właśnie dlatego - są zobowiązani do odwzajemniania Mu się wiernością. Nie przez przypadek łacińskie słowo fides oznacza równocześnie i wierność, i wiarę. Skoro zostaliśmy wybrani przez Jezusa, włączeni w Jego duszpasterski krąg, warto ponowić ważne pytanie: jakimi argumentami popieramy swoje zawierzenie Jezusowi? Ile w nich jest Chrystusa, a ile osobistej ambicji czy chęci zachowywania pewnych nawyków?

Uczniowie Mistrza z Nazaretu, wybrani do głoszenia Królestwa Niebieskiego, spełnili powierzone im zadanie. Niektórzy z nich dostąpili nawet łaski męczeństwa. A my?Czy przynależność do Kościoła nas kosztuje?

Czy raczej traktujemy swe związki z Kościołem jako obyczajowy dopust, gest uspokajający sumienie albo nawet wybranie tak zwanego mniejszego zła? Tymczasem ponowoczesna rzeczywistość wymaga zaangażowanego prorokowania. Uczeń Jezusa głosi prawdę o ludzkim życiu, sensie historii, przeznaczeniu człowieka, zbawieniu bądź potępieniu. Pozostaje świadkiem Boga żywego. W tym sensie każdy chrześcijanin musi spełniać funkcje apostolskie, tym bardziej że otrzymał chrzest - sakrament wtajemniczenia chrześcijańskiego. Jego posługiwanie ma być konkretne, realistyczne, przezorne, wyczulone na moralne niuanse współczesności. A ponieważ ewangeliczne przesłanie odczuwa się miłującym sercem, stąd też słuchanie będzie właściwe przy próbach uchwycenia tego, czego nie widać, a co objawia się w sposób ukryty i zostaje siłą wiary wydobyte na światło dzienne.

Nie wpadajmy przeto w sieci zastawione przez samych siebie, własną wygodę, wyniosłość i egoizm. Jezus posyła nas - jak Apostołów - abyśmy głosili wieść o szczęściu życia wiecznego. Nie wolno jednak nikogo zmuszać do podejmowania decyzji nacechowanych religijnie. Wiara - "słuchająca, posłuszna, uległa, ufająca i pełna zawierzenia odpowiedź udzielona Bogu", jak to sprawnie ujął Hans Urs von Balthasar, wymaga wolnego rozstrzygnięcia i świadomości, że może będzie trzeba oddać życie, bo sprawą najważniejszą jest wierność słowu Bożemu. Wymaga to ofiary. Mam na myśli chociażby niespodziane nadejście choroby czy śmierć osoby ukochanej. Chrystus jednak zaświadcza, że wszyscy mamy szansę zasługiwania na zbawienie. Modlitwa i skupienie wskazują, że Bóg jest tuż obok, że umacnia serca.

Dlatego nie lękajmy się podejmować zadań ewangelizacyjnych we własnych rodzinach, środowiskach pracy, w miejscach życiowej aktywności. Od naszej jedności z Jezusem zależy siła świadectwa, zawsze narażonego na niepowodzenie. Chrystus o tym wie, dlatego obdarzając misją, zachęca, byśmy najpierw uzyskali pokój z samymi sobą, czyli odczuwali samych siebie jako osoby wewnętrznie spójne, jednolite.

Bóg nie jest profesorem

Dlatego szczerze pytajmy: Czy nasze codzienne życie nie powiększa Jezusowego rozczarowania, będącego wynikiem założenia Kościoła? Czy przypadkiem nie żyjemy tak, że - po ludzku sądząc - sprawiamy Bogu ból? Może warto przyznać: Bóg jest z naszego powodu rozżalony, zawiedziony Kościołem, który zamiast chwalić Boga, służyć Mu i wielbić - goni za "cudzymi bogami". Czyż nie bywa tak, że traktujemy na przykład Mszę Świętą jako sposób uzyskiwania kameralnego samozadowolenia; kazanie krótkie i - jak to mówimy - ładne, albo modlitwę pojmujemy jako higienę duszy. Tym, co uodparnia na własne niedociągnięcia, jak i na różnego rodzaju zarzuty dobiegające ze świata, jest wiara, i to wiara poważna.

 

Jakie z tego płyną wnioski? Każdy z nas odpowiada za cały Kościół. Odbija niejako we własnym wnętrzu Jego miłość i ciepło. Pozostaje stróżem chrześcijańskiego dziedzictwa i sam nawraca się, oczyszcza, aby ukazywać niczym nieskażoną istotę Kościoła. Doświadczył już bowiem wsparcia Ducha Świętego i zyskał przejmującą świadomość, że nieustająco znajdujemy się wszyscy pod panowaniem prawa Zmartwychwstałego, w życiu i w śmierci przynależąc do Niego. Oby tylko nie słabła w nas wiara, oby jasno płonęła, zarysowując przestrzeń wolności, skupiającej wszystkie odcienie miłości.