Wielki jest ten POST i Droga krzyżowa epidemii

Kto by się spodziewał, że ten Post będzie aż tak Wielki. Że w ciągu paru dni wywróci się wszystko, na czym ludzkość opierała swoje poczucie mocy i bezpieczeństwa. Bez żadnej wojny, bez meteorytu czy eksplozji superwulkanu z dnia na dzień znaleźliśmy się w innej rzeczywistości. A właściwie nie w innej, tylko po prostu w rzeczywistości – bo to, co było w epoce przed wirusem, trudno nazwać rzeczywistością.

Aż tu nagle łup! I wieża Babel zaczyna pękać. A z nią pękają i ludzie. Niespodzianie okazało się, że istnieją jeszcze prawdziwe problemy: aprowizacja, zdrowie, uzyskanie pomocy, okazanie pomocy. I prawdziwe troski: jak sobie poradzimy po zarazie czy lub gdzie będziemy pracować. Ba! – czy w ogóle przeżyjemy, bo przecież różnie może być.

Wielki jest ten Post, oj wielki. Ale dzięki niemu wracamy na ziemię. Z jej poziomu wreszcie widać drogę do nieba. D

Dlatego proponuję jeszcze na ten czas rozważania:

 

Droga krzyżowa epidemii

ks. Wojciech Węgrzyniak

 

Panie, Jezu Chryste, my, ludzie, dzieci Boga, wierzący i niewierzący, przechodziliśmy w historii wiele krzyżowych dróg, wojen, głodu, zaraz i kataklizmów. Na jedną z nich skazaliśmy Ciebie. Twoja droga krzyżowa, okazała się najbardziej zbawczą drogą świata.  Przejdź z nami drogą krzyżową epidemii i mocą Ducha, który potrafi odnowić oblicze ziemi, uczyń ją drogą ku Wielkiej Nocy.

Stacja I – Zostaliśmy skazani na epidemię

Jezus zostaje skazany na śmierć. Tak zdecydował Sanhedryn. Tak krzyczeli ludzie. Tak podpisał Piłat. Gdyby się nie narodził, nie zostałby skazany. Gdyby to nie było wolą Ojca, nikt nie zrobiłby Mu krzywdy. Tajemnica krzyża, to tajemnica wolności mojej, wolności innych, tajemnica natury świata i Boga.

Zostaliśmy skazani na epidemię. Czy to była decyzja, czy pomyłka człowieka, czy tajemnica natury starszej od wszystkich ludzi, czy konsekwencje życia w globalnej wiosce, czy nawet misterium niesprzeczne z Bożą Opatrznością, nie wiemy. Wiemy, że zostaliśmy skazani. I dziś to nie czas, by szukać przyczyny. Dziś to czas, by już przy pierwszej stacji wzrok zobaczył na horyzoncie iskierkę zmartwychwstania.

Stacja II – Bierzemy krzyż na swoje ramiona

Jezus wziął krzyż. Nie kłócił się, ani spierał. Nie uciekł jak w Nazarecie, gdy Go chcieli strącić w przepaść. Nie schował się jak w Jeruzalem, gdy zamierzano Go ukamienować. Nie sprowadzał dziesięciu tysięcy aniołów, żeby wytłumaczyć, że żaden człowiek nie może robić krzywdę Synowi Boga. To pokorna miłość Boga bierze niesprawiedliwy i nie swój krzyż na swoje ramiona.

Bierzemy i my krzyż epidemii na swoje ramiona. Nie popełniamy samobójstw. Nie zamykamy szpitali na chorych. Nie buntujemy się przeciw restrykcjom i nie tracimy ducha, że chorują również niewinni. Organizujemy zbiórki i wszelaką pomoc. Bo wiemy, że jeśli krzyża nie weźmiemy w swoje ręce, krzyż może uderzyć nas śmiertelnie w głowę.

Stacja III – Upadamy z powodu nonszalancji

Jezus upadł pod krzyżem na początku drogi. Czy krzyż był za ciężki? Czy On osłabiony przez biczowanie i koronę z cierni? A może uderzył nogą o kamień? Upadł a to boli. Zwłaszcza, że to dopiero początek. Czy w takim razie będzie miał siły powstać i iść dalej?

Pierwszym upadkiem w czasach epidemii jest nonszalancja. Łamanie przepisów sanepidu, lekceważenie zagrożenia, zabawa z tego, co śmiertelnie poważne. Dlaczego pozwalamy na ten pierwszy upadek? Może jesteśmy osłabieni przez znieczulicę? Może nie umiemy się nie potknąć, bo kamień na drodze jakiś całkiem nowy? Ważne, żeby powstać. By raz na zawsze powiedzieć koniec upadkom lekceważenia krzyża.

Stacja IV – Spotykamy tych, których kochamy

Maryja nie musiała być z Jezusem na Górze Przemienienia, ale nie mogło zabraknąć Matki na drodze krzyżowej jej Syna. Nie wiemy czy pospieszyła z Nazaretu jak kiedyś do Elżbiety, czy była już od paru dni w Świętym Mieście, jak wtedy gdy z Józefem szukali zagubionego Dwunastolatka. Wtedy znalazła Go w świątyni. Teraz świątynią stała się Via Crucis.

Na drodze krzyżowej epidemii musimy spotykać najbliższych. To czas, kiedy rodzina staje się najważniejsza. Ale tak jak zabrakło Józefa przy tej stacji, może niektórym być ciężko z powodu nieobecności taty czy mamy, męża czy żony, chłopaka czy dziewczyny, przyjaciół i znajomych. Obyśmy cierpiąc z powodu tych, którzy nie mogą być blisko, stali się bliskimi dla tych, dla których ciągle możemy.

Stacja V – Lekarze i pielęgniarki z Cyreny pomagają najwięcej

„Wychodząc, spotkali pewnego człowieka z Cyreny, imieniem Szymon. Tego przymusili, żeby niósł krzyż Jego” (Mt 27,32).  Nie dało się inaczej. Sam Jezus by nie poradził. Był przecież człowiekiem. Nie dało się po dobroci, bo to wcale nie było takie łatwe. I nie tylko dla Szymona.

Na drodze epidemii nie damy rady bez lekarzy i pielęgniarek z Cyreny. Ani święcenia, ani pieniądze, ani władza nie pomoże tam, gdzie mogą pomóc tylko służby medyczne. Jesteśmy tylko ludźmi. Chociaż nie wszyscy są zmuszani, wielu z nich wolałoby inaczej. Skoro jednak oni z chorymi najwięcej odczują ciężar tego krzyża, obyśmy zapamiętali słowo „wdzięczność”. I oby Bóg zapewnił im błogosławieństwo.

Stacja VI – Weroniki wolontariatu spieszą do potrzebujących

Weronika nie musiała nic. Mogła zostać w domu. Albo i nawet poprzestać na oglądaniu. Może nic ciekawego, ale tak jakoś bezpieczniej. Ten gest serca jednak zostawił ślad na wieki. Ślad oblicza Jezusa. Ślad miłości, która zawsze robi wszystko, co możliwe.

Dziś tysiące Weronik powychodziło ze strefy komfortu. Robią zakupy dla starszych. Pomagają tym na kwarantannie. Szyją maseczki. Organizują zbiórki. Ta bezinteresowna miłość sprawia, że twarz ludzkości staje się coraz bardziej boska. I oby ślad tej twarzy pozostał już z nami na zawsze.

Stacja VII – Upadamy z powodu egoizmu

Jezus upada po raz drugi. Upada pomimo spotkania z Matką, pomocy Szymona, miłości Weroniki. Taki upadek może bardzo boleć. Bo jeśli przy tej pomocy nie daję już rady, to skąd wezmę siłę, żeby iść tą drogą do końca?

Drugim upadkiem w czasach epidemii jest egoizm. Pomimo zaangażowania wielu, bezinteresowności tysięcy, zmęczenia tych, którzy na pierwszym froncie, zawsze znajdą się tacy, którzy myślą tylko o sobie. Egoizm wykupywania zapasów ponad miarę. Podbijanie horrendalne cen, bo okazja rzadka. Zachęcanie do niekoniecznych zbiórek na fali społecznego współczucia. Diabelska przewrotność człowieka, który chce zarobić na krzyżu. Powstańmy z tego upadku, bo on strasznie nieludzki.

Stacja VIII – Czytamy płaczące komentarze i posty

„A szło za Jezusem mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim.  Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!” (Łk 23,27-28). Płacz kobiet jerozolimskich nie był dobry, choć wyglądał dobrze. Nie ma jednak nic bardziej mylącego niż płacz. Wydaje się być językiem wrażliwości i serca. A może być zasłoną ucieczki od tego, co najważniejsze.

W czasach epidemii nie brakuje lamentów. Nie brakuje krzyków fałszywych proroków, biadolenia nad innymi, co powinni robić, płaczu nad przywódcami świeckimi i religijnymi. Nie brakuje siania paniki kombajnami Internetu. Jezus mówi wyraźnie „płaczcie raczej nad sobą”. Skup się na tym, co możesz zrobić, dla siebie i dla swoich bliskich.

Stacja IX – Upadamy z braku nadziei

Jezus upada po raz trzeci bardzo blisko końca. Golgotę już widać i jest nadzieja, że to wszystko nareszcie się wypełni. A jednak zabrakło sił. A jeśli zabrakło na to, by iść, czy będzie ich wystarczająco na to, żeby powstać? Mało rzeczy tak przeraża jak rozpacz, że mimo wszelkich wysiłków i tak nie osiągniemy celu.

Trzeci upadek w czasach epidemii to upadek nadziei. Jesteśmy przywalani statystykami coraz większej liczby chorych. Leżymy pod ciężarem zarażonych lekarzy i pielęgniarek. Przydusza nas widmo selekcji zarażonych na lepszych i gorszych. Przygniata świadomość, że ciągle czegoś brak, że za mało, że za późno. Dołuje do tego troska o chleb i przybija niewidzialna efektywność trzymania się wszelkich zasad. Możemy się przewrócić. Możemy na chwilę się rozłożyć, ale nie pozwólmy nigdy umrzeć nadziei. Póki my żyjemy.

Stacja X – Odkrywamy prawdę o sobie

Jezus został obnażony z szat na pośmiewisko i hańbę. Na poniżenie i wyśmianie. Na pokazanie, że ten, który miał się za Mesjasza jest tylko nagim królem. Nie wiedzieli jednak, że to obnażenie jest tylko obrazem kenozy wcielenia. Nie pojmowali, że ta miłość aż po własną nagość zakryje wszelkie nagości Adama i Ewy.

Epidemia obnaża ludzkość aż do głębi serc. Choroba zdziera maski i zabija drugie twarze. Odkrywa trupie czaszki w grobach pobielanych albo wyciąga na światło perły niezauważane w pyle codziennego życia. To dobra stacja. Jak trailer przed Sądem Ostatecznym. Co więcej, z szansą na to, że obnażenie może nie tylko odsłonić prawdę o nas. Może również poprowadzić do autentycznej przemiany.

Stacja XI – Jesteśmy przybici trzema gwoźdźmi

Jezus został przybity do krzyża. Jeden gwóźdź w lewą dłoń. Drugi w prawą. Trzeci, by umocować stopy. Ból najbardziej ostry ze wszystkich co były i będą. To co było drogą krzyżową teraz staje się samym krzyżem. Gwoździe zapewnią, że już nikt aż po śmierć nie oddzieli go od krzyża.

Przy tej stacji pomyślny o tych, którzy są przybici chociaż jednym z trzech gwoździ epidemii. Pierwszy gwóźdź to ten, co zabił kogoś bliskiego, drugi to ten, który nie pozwala oddychać, bo zabrakło respiratora, trzeci to ten, który przygwoździł lekarzy i pielęgniarki w szpitalu z dala od własnych ukochanych dzieci. Pomyślmy. Pomódlmy. Pomóżmy. Podzielmy się wiarą, że nawet najboleśniejszy gwóźdź może być gwoździem zbawienia.

Stacja XII – Umieramy z miłości do innych

Jezus umarł na krzyżu. Z miłości do każdego człowieka. Za grzechy wszystkich ludzi. Niewinny Baranek złożył się w ofierze za zabłąkane owce i za wilki w owczej skórze. Dawca życia oddał życie. Pan nieba dał się pokonać niewolnikom ziemi. Z miłości.

W czasach epidemii umieramy i będziemy umierać z miłości do innych. Tysiące oddadzą życie dosłownie, zwłaszcza lekarze i pielęgniarki. Niektórzy zrezygnują z leczenia dla innych. Wielu choć przeżyje, narażać będzie wszystko co ma, żeby pomóc tym, którzy tracą nadzieję na cokolwiek. Nie ma większej i piękniejszej miłości niż za innych. Jeśli umierać to tylko z miłości. Chcemy żyć jak bogowie? To pokażmy, że potrafimy umierać jak Bóg.

Stacja XIII – Nie zapominamy o gestach czułości

Ciało Jezusa zostaje zdjęte z krzyża i złożone w ramionach Jego Matki. Chociaż serce Maryi przeszył miecz boleści, nie brakuje jej czułości dla Syna. Chociaż bolejąca cała, cała ogarnięta jest czułością dla swego dziecka. Jak kiedyś w Betlejem tuli Go do siebie. Prawdziwa miłość nie żałuje czułości nawet takiej, która wydaje się być drugiemu niepotrzebna.

W czasach epidemii nie możemy się zbliżać. Nie możemy się dotykać. Nie możemy podawać sobie ręki. Nawet na znak pokoju. Ale nie możemy zrezygnować z czułości, bezpiecznych gestów, które przekazują miłość. Kiedy ludzkie ciała muszą być od siebie trochę dalej, nasze serca powinny być naprawdę bardzo blisko.

Stacja XIV – Nie zostawiamy zmarłych na ulicach

Jak dobrze, że Nikodem i Józef z Arymatei pomyśleli o pogrzebie. Nie czekali na Piotra, ani kogoś z rodziny. Jak dobrze, że ktoś nie stracił głowy, kiedy Jezus stracił życie. Przyszli, załatwili, zdjęli, pochowali, zatoczyli kamień. Tyle można było zrobić. I tyle zrobili.

Zrobimy wszystko, żeby nie zostawić umarłych na ulicach, nie pozwolimy rozkładać się ciałom w domach, wrzucać nieubranych do bezimiennych grobów i zasypywać ciał bez księdza, bez chociaż najbliższych. Nawet w czasach epidemii nie może zabraknąć Józefa z głową na karku z Arymatei i Nikodema, co już nie boi się przyjść do Jezusa nawet w ciągu dnia. Nie może zabraknąć chociaż Marii Magdaleny wiernej aż po grób.

Zakończenie

Panie Jezu, Chryste, droga krzyżowa kończy się czternastą stacją, ale to nie jest ostatnia stacja Ewangelii. Po męce i ukrzyżowaniu nadejdzie i dzień zmartwychwstania. Życie zwycięży śmierć, płacz zamieni się w radość, strach zostanie ugaszony pokojem. Prosimy Ciebie, Panie Wszechświata, który jak wielu znasz, co to ludzki ból i jak nikt wiesz dobrze, co to jest moc Wielkiej Nocy, prosimy Cię, bądź z nami na drodze krzyżowej epidemii do końca. Natchnij Duchem inteligencję szukających lekarstwa. Umacniaj ramiona dźwigające chorych. Pociesz tych, którzy żegnają najbliższych. Przygotuj serca wszystkich na wzajemne pojednanie i błogosław każdemu aż do zwycięstwa zdrowia nad chorobą, aż do zwycięstwa życia nad śmiercią. Amen.

 

Czy Bóg stworzył koronawirusa?

Od najdawniejszych czasów ludzie oczekiwali od Boga czy bóstw w które wierzyli wsparcia w momentach, kiedy coś od nas już nie zależy i zależeć nie może. Teraz chyba łatwiej nam zrozumieć różnicę między wiarą a przyzwyczajeniem, pomiędzy traktowaniem kościoła jak teatru a Pisma św. jak mitologii. Pamiętamy jako ludzie wierzący, co działo się, kiedy Jezus dawał chleb do sytości. Przed oczami być może stoją nam te ewangeliczne sceny, gdy Chrystus uzdrawiał, a tłumy starały się Go przynajmniej dotknąć. Jednak Zbawiciel niesie nam coś więcej niż chleb dla ciała i zdrowie w doczesności. On dając Swoje dary komu chce i jak chce przygotowuje nas do przyjęcia największego daru – Siebie.

Co dzieje się z naszą wiarą teraz? Wzmacnia się czy chwieje?

 

Czy Bóg stworzył koronawirusa?

bp Józef Zawitkowski

Była Środa Popielcowa
w Roku Pańskim 2020.
Ksiądz w kościele
posypał mi głowę popiołem
i powiedział: Pamiętaj biskup,
że jesteś prochem
i w proch się obrócisz.

Powinienem się obrazić,
bo mam swoja godność,
i nikt mnie nie będzie obrażał
i nazywał – prochem.

Nie!
Jak to dobrze, że jest
taki dzień w roku,
że ktoś mi powie prawdę,
bez kadzideł, wierszyków,
kwiatów i laurek.
Prochem jestem, ale wiem,
że w tym glinianym naczyniu
swojego ciała, noszę tchnienie Boga,
a to tchnienie nie umiera.
Non omnis moriar, (Wergiliusz)
a Mickiewicz powie mi inaczej:
Czymże ja jestem przed Twoim obliczem,
prochem i niczem,
ale gdybym Tobie moję 
nicość wyspowiadał,
ja proch, będę z Panem gadał.

Ja wiem o tym,
że z Boga i w Bogu
jest moja wielkość:
Czymże jest człowiek,
że o nim pamiętasz,
albo Syn Człowieczy,
że o nim masz pieczę. (Ps 8,15)
Oczywiście mnie niewiele mniejszym
od aniołów.
Czym się Panu odpłacę,
a wszystko co mi wyświadczył?
Dziękuje Ci, Boże,
żeś mnie tak cudownie stworzył
i w swoje dzieło tyle cudów włożył.

Człowieku,
gdybyś wiedział
jaka Twoja władza,
że o każdą myśl Twoją
walczą szatan i anioły…
Czy Ty w piekło uderzysz,
czy w niebo zaświecisz? (A. Mickiewicz)

Jestem dla siebie
wielką tajemnicą
i niespokojne jest moje serce,
dokąd nie spocznie w Panu. (Augustyn)
Wirus – to jakiś dla nas znak!

*** 

 

A w tę właśnie środę
dochodziły z daleka
i nie śmiało głosy,
że gdzieś daleko
jest śmiertelna choroba,
którą przynosi jakiś koronawirus.

Przychodzą więc człowiekowi
do głowy różne myśli:
To dlaczego Pan Bóg stworzył
takie śmiercionośne stworzonko?
Szukam odpowiedzi.
Czytam więc Księgę Rodzaju
i przy każdym dniu stworzenia
jak refren powtarza się wers:
I zobaczył Bóg, że było dobre.
I zobaczył Bóg,
że wszystko, co stworzył,
było bardzo dobre. (zob. Rdz 1,1-31)

A człowieka uczynił Bóg
z mułu ziemi,
ale na Swój obraz
i Swoje podobieństwo. (Rdz 1,27)

Stał się grzech.
Przez grzech przyszła śmierć
i wszystko, co do niej prowadzi.
Z ziemi jestem wzięty
i do ziemi wrócę,
ale nie wszystek umrę,
bo noszę w sobie
tchnienie Boga,
a to jest wieczne.

*** 

Mówię to wszystko dlatego,
że mówienie o śmiercionośnym
koronowirusie stało się rzeczywistością.
Piszę to w dniu 12 marca br.
w Polsce są zarażone 44 osoby,
jedna zmarła.
Wszystko stało się groźne,
wszyscy musimy być roztropni
i nawzajem za siebie odpowiedzialni.
Ogłoszono już pandemię,
bo epidemia objęła cały świat.
Najbardziej cierpią Włosi.
Ponoć zlekceważyli zakaz
zgromadzeń, a studenci
i szkolniaki zamknięcie szkół
potraktowali jako ferie.
Roznieśli więc zarazę.
Wirus dotarł i do Watykanu.
Zamknięto kościoły, nawet Papież
schronił się za telebim.
I co na to Pan Bóg?
Widzi i milczy?

To jeszcze za wcześnie
na odpowiedź.
Co nam mówi o tym Pismo Święte?
W Księdze Liczb jest opisane
takie wydarzenie:
Żydzi szemrali przeciw Bogu
i przeciw Mojżeszowi:
Po coście nas wyprowadzili
z Egiptu? Żebyśmy wyginęli
tu na pustyni?
Totalna opozycja.
I zesłał Bóg na nich
węże jadowite… zginęło
bardzo dużo Izraelitów.
Prosili więc Mojżesza:
Wstaw się za nami,
żeby Bóg oddalił od nas karanie,
bo szemraliśmy przeciw Bogu.

Mojżesz zawsze wstawiał się
za wybranym narodem.
Ocal nas.
Przecież nie wyprowadziłeś nas
z domu niewoli po to,
aby nas wytracić?
Jesteśmy przecież Twoim narodem.
Nie wydaj na zatracenie 
swojego dziedzictwa.

Wtedy Bóg rzekł do Mojżesza:
Sporządź węża
i zawieś go na palu.
Każdy kto spojrzy na węża
będzie ocalony. (Lb 5,15)
I tak było.

Jest Wilki Post
i czytam w Ewangelii Janowej:
Jak Mojżesz wywyższył
węża na pustyni
tak trzeba, aby i Syn Człowieczy
był wywyższony, a każdy
kto spojrzy na Niego z wiarą
będzie miał życie wieczne. (por. J 3,14-17)
Coś mi to mówi.

*** 

Bardzo wiele starań
ponieśli: prezydent,
premier, minister zdrowia,
minister obrony, oświaty, kultury,
administracji, cała służba zdrowia,
straż graniczna i inni.
Bóg Wam zapłać.
Zmęczeni jesteście.
Modlimy się za Was.
Bóg wasz los
odmieni ku dobremu.
Chyba wszyscy Polacy
poczuli się odpowiedzialni
za siebie i innych.
Odwołano wszystkie zgromadzenia,
imprezy, szkoły, kina, teatry.
Ludzie wykupili żywność.
Dobrze!
Niech im starczy na długo,
niech będą spokojni.
Ale totalna opozycja
choć podpisała ustawę sejmową
ma za złe rządowi, że
za późno, że za mało
i wszystko źle.
Kiedy ty zmądrzejesz,
głupia panno?

I co będzie dalej?
Ktoś ze znających sprawę
mówi, że to dopiero się zaczęło.

A co na to Kościół?
Podziwiałem mądrość Rządu
że na początku żaden z ministrów
nie wydał zakazu odnośnie 
zgromadzeń w kościołach.
Premier prosił o modlitwę
i czekał na decyzję biskupów.
Mądre są zalecenia
Episkopatu: możemy korzystać
ze Mszy radiowych, telewizyjnych,
księża zwiększą ilość Mszy Świętych,
aby były mniejsze zgromadzenia wiernych,
znak pokoju przez skłonienie głowy.
Komunia Święta na rękę,
a to już rodzi pytanie:
Czy to Pan Jezus jest nosicielem wirusa?
Dziękujemy Przewodniczącemu Episkopatu
za mądre orędzie.
Tak mówią prorocy i kapłani Boga.

 

 

 

Wielki Post - o co chodzi?

Codzienność przynosi nam wiele trudów, kłopotów i wyrzeczeń. Po co więc jeszcze specjalny czas w liturgicznym kalendarzu Kościoła, przeznaczony na post i umartwienie? Po co praktykować wyrzeczenie i więcej niż zwykle się modlić? Po co odprawiać rekolekcje i dzielić się swymi dobrami z innymi? Życie upływa nam i tak w klimacie zapracowania, szybkich zmian, do których dostosowujemy się z trudem, aby nadążyć za tzw. postępem.

Stajemy się też odbiorcami często agresywnej reklamy, proponującej nam byle co do kupienia; lub kupienie czegoś, na co nas nie stać. Każda chwila przynosi wiele obietnic, i to zwykle ulotnych, zresztą jak ona sama. Niełatwo jest nam w zabieganej codzienności usłyszeć głos o zbawieniu ofiarowanym nam przez Boga. Co roku Kościół przypominanym nam, że nie samym chlebem żyje człowiek.

 

Wielki Post jest po to, aby łatwiej nam było przyswoić sobie ofiarowaną nam łaskę zbawienia. Jest on czterdziestodniowym okresem przygotowania do Świąt Wielkanocnych, aby godnie przyjąć Zmartwychwstałego Pana.

 

Życie przemija bardzo szybko. Często doświadczamy, że brakuje nam czasu, a ludowe przysłowie mówi: Co nagle, to po diable. Ciągły pośpiech i braku czasu, to jedna z oznak zbytniego polegania na sobie, a nie na Tym, który swym przyjściem otworzył nam pełnię czasu i chce, abyśmy mądrze z niego korzystali. Obietnica życia wiecznego jest wciąż aktualna dla wszystkich ludzi, nawet w zabieganiu i hałasie zwyczajnych szarych dni. Potrzebny jest nam czas pokoju i skupienia, czas ascezy i modlitwy. Dlatego Kościół proponuje nam go w tym okresie przygotowania do Wielkanocy, czyli Wielkim Poście. Myśl tę dobrze wyraża prefacja wielkopostna:Albowiem pozwalasz, (o Panie) Twoim wiernym co roku z oczyszczoną duszą radośnie oczekiwać świąt wielkanocnych, aby gorliwie oddając się modlitwie i dziełom miłosierdzia, przez uczestnictwo w sakramentach odrodzenia osiągnęli pełnię dziecięctwa Bożego.

 

W Wielkim Poście wcale nie chodzi o zadawanie sobie jakichś męczarni. Wielki Post jest po to, aby doprowadzić nas do wewnętrznej odnowy i przygotować do świętowania zwycięstwa Chrystusa nad śmiercią. Czas ten ma utrwalić w nas istniejące dobro. Ma pomóc usunąć z naszego serca resztki skutków grzechu. Ma być czasem równocześnie większego rozmodlenia, słuchania słowa Bożego i naśladowania w naszym życiu Jezusa. Pojednanie z Bogiem i ludźmi, to szczególne zadanie w tym wyjątkowym okresie.

 

Sam zaś post jest przede wszystkim po to, aby być z Panem, by móc dostąpić bliskiego z Nim przebywania. Dlatego nasze serca nie mogą być ociężałe. Pomocą w tym są modlitwa i post. To dobrowolne wyrzeczenie ma na celu zadośćuczynienie Bogu za grzechy nasze i innych. Z pewnością tak pojęty post służy rozwojowi naszego ducha.

 

Czasami zastanawiamy się, dlaczego ten czas w Kościele został nazwany Wielkim Postem? Dlatego, że wszystko, czego w nim doświadczamy i do czego jesteśmy wezwani, jest wielkie. Wielka jest miłość Boga i wielki jest grzech stworzenia. W tym też czasie więcej się modlimy, odprawiamy nabożeństwo Drogi krzyżowej, rozważając mękę Jezusa. Śpiewamy też Gorzkie żale i adorujemy krzyż Pana.

 

Post i pokuta w potocznym rozumieniu kojarzą się nam z czymś przykrym, a nawet uciążliwym. Zadaniem ich jest jednak pomoc w lepszym uporządkowaniu życia, porzucenia grzechu i przemianie serca, polegającej na zwycięstwie w nas dobra nad złem. Podjęcie pokuty rodzi się z uznania własnej słabości i grzeszności. Jest wyrazem podjęcia pracy nad sobą.

Wielu odczuwa boleśnie swe grzechy i słabości. Dlatego w Wielkim Poście ważnym staje się przypomnienie i zachęta do nawrócenia, do powrotu do Boga. Od samego początku Wielkiego Postu jesteśmy wezwani do praktykowania postu podjętego ze względu na Pana Boga, a nie ze względu na ludzi. Dlatego warto coś postanowić w okresie i wypełnić; choćby bardziej systematyczniejszą uczynić swoją codzienną modlitwę.

 

Modlitwa to przebywanie z Bogiem, to dzielnie z Nim swego czasu, zawierzenie Mu siebie. Nie chodzi o bezmyślne "klepanie pacierzy", ale o wsłuchiwanie się w to, co do mnie mówi Pan. Modlitwa to zarazem umacnianie naszej wiary. Może być wypowiadana sercem i ustami, zwłaszcza modlitwa codzienna rano i wieczorem. Dobro, które jest w nas, a które z pomocą Bożą i wsparciem bliźnich udało się nam rozwinąć, na modlitwie powinno być wzmocnione. Tak umocnionym na duchu łatwiej przyjdzie nam pokonać pokusy i słabości, pokonać samych siebie. Modlitwa pomoże nam również być sumiennymi w pracy i w nauce, być dobrymi dla innych i pamiętać o ich potrzebach przez praktykowanie jałmużny

 

Jałmużna to sprawa serca, albowiem: Więcej radości jest w dawaniu, niż w braniu. Liczy się nie tylko otwartość serca, ale i otwartość portfela, konta, karty kredytowej. Wzorem takiej hojności niech będzie uboga wdowa, która dała więcej niż inni. Jałmużna, to nie tylko śpieszenie z pomocą materialną bliźnim, ale to także wypowiedziane do nich życzliwe słowo; to dzielenie czasu z innymi, odwiedzanie chorych i więźniów.

 

Rekolekcje parafialne głoszone w tym okresie Wielkiego Postu są czasem wylewu łaski Boże. Dołóżmy starań, aby każdy z nas mógł wziąć w nich udział, żebyśmy w ten sposób odnowieni na duchu, mogli wspólnie świętować Zmartwychwstanie Pańskie.

 

Wielki Tydzień Wiary

 

Wielki Tydzień nie może być konwencjonalny. Powinien wyrywać nas z codziennej rutyny, która dosięga także i doświadczenia wiary. To przecież szczególna celebracja czasu, skoncentrowana na Chrystusie i Jego zbawczej męce. Warto wyciszyć się, duchowo dostroić do wydarzeń opisywanych przez Ewangelistów. Zaczerpnąć ze skarbu, jakim jest śmierć, męka i zmartwychwstanie Boga-człowieka.

 

Tym bardziej, że wspiera nas przebogata tradycja, różnorodna – także ludowa – obrzędowość, wielkie dzieła sztuki malarskiej, rzeźbiarskiej, muzycznej, teatralnej. Nie trzeba spekulować, snuć osobistych przypuszczeń; wystarczy, że wejdziemy na drogę ewangelicznych pouczeń. Niech mówią to, co same z siebie mają do powiedzenia. My zaś poddawajmy się inicjatywie samego Boga. Rozważajmy tamte brzemienne w nadprzyrodzone skutki wydarzenia.

W BETANII

Oto uczestniczymy w uczcie, jaką urządził Szymon zwany Trędowatym, na cześć Jezusa, który znalazł się w Betanii, przybywając tam na czas szabatu. Zaproszono zapewne i Łazarza, którego wskrzeszenie wciąż jeszcze wywoływało środowiskowe plotki. Jego siostra Marta przygotowywała potrawy, Maria zaś, druga siostra postanowiła dokonać czegoś, co nadałoby zebraniu wyjątkowy charakter. Wzięła alabastrowe naczynie o wysokiej szyjce (w takich naczyniach już w czasach starożytnych przechowywano wonne olejki o znacznej wartości), podeszła do Jezusa i rozbiwszy szyjkę flakonu na znak pełnego oddania, wylała całą zawartość na Jego głowę, a potem na nogi. Po chwili, niemal jak anonimowa grzesznica, osuszyła zroszone olejkiem nogi Mistrza własnymi włosami. Jej postępowanie nie było jednak – w sensie obyczajowym – czymś zaskakującym. Historycy przypominają, że w tamtejszej kulturze wybitnym gościom podawano po umyciu rąk i nóg wonności w dobrym gatunku, by się nimi natarli. Gest Marii wskazywał, że chciała odwdzięczyć się Jezusowi za cud wskrzeszenia brata Łazarza. Zapragnęła też dać znak, że Go po prostu kocha.

Jej zachowanie spowodowało sprzeciw Judasza. Protestował on najgłośniej, ale chyba nie z troski o ubogich, raczej z powodu własnej chciwości rozrastającej się w nim jak korzenie chwastów. Tymczasem Jezus nie zwrócił szczególnej uwagi na tę Judaszową dobroć. Powiedział: „Ubogich macie zawsze wokół siebie, a mnie nie zawsze macie” (J 12,7-8). Niedługo przecież złożycie mnie do grobu, a to namaszczenie jest tego zapowiedzią. Było sprawą oczywistą dla wszystkich zgromadzonych, że do grobu składa się zwłoki natarte wonnymi olejkami, choć to, co Jezus mówi, wcale nie było jasne. Apostołowie właściwie nie rozumieli, że nadchodzi właśnie najważniejszy moment ich życia: będą uczestnikami tajemnic przerastających wszystko, co do tej pory wydarzyło się na ziemi. Czy byli na to przygotowani?

W ŚWIĄTYNI

We wtorek Jezus po raz kolejny przyszedł do Jerozolimskiej świątyni, aby nauczać. Wiązało się to z pewnym ryzykiem, ale było ono niejako wpisane w rytm ostatnich dni przed zapowiedzianą męką. Sytuacja w całym mieście zdawała się wymykać spod dotąd ustalonych ram. Trwała otwarta już walka o panowanie nad żydowską świadomością pomiędzy ugrupowaniami politycznymi, nad którymi pieczę sprawowało kierownictwo świątynne. Uczniowie Jezusa nie byli w stanie rozeznać się w tych wszystkich intrygach, osaczeniach i oskarżeniach. Próbowali być blisko Nauczyciela, ale chyba zaczynali rozumieć, że dziejące się wydarzenia przekraczają ich siły. Zdumiewali się, kiedy ich Mistrz groźnie strofował kupujących, sprzedających, składających ofiary i płacących podatki, wyrzucał nawet gołębie, które Józef i Maryja złożyli na ofiarę Bogu, kiedy przybyli do świątyni, aby oczyścić matkę i wykupić dziecko (Łk 2, 22-24); kiedy odpiera ataki faryzeuszy, skoncentrowane na oskarżeniu Jezusa o chęć zdobycia władzy i pieniędzy, kiedy wreszcie zapowiada, dosyć jeszcze skrycie, zniszczenie największej hebrajskiej świętości – świątyni w Jerozolimie.

Zauważmy, w jakim punkcie koncentruje się napięcie: chodzi mianowicie o całkowicie odmienne rozumienie tego, kim jest Bóg. Faryzeusze uznają autorytet najwyższego Boga, oddają Mu cześć i szacunek, ale nie traktują Go jako miłującego Stwórcę, tylko jako twardego Sędziego, zastygłego w swej mocy. Jezus natomiast zachęca do egzystencjalnego rozumienia Boga. Jest On Ojcem, troszczącym się o swoje obdarowane wolnością dzieci, kocha je, mimo że niekiedy odrzucają tę miłość, popadają w złudę samowystarczalności.

Konsekwencją tej religijnej hermeneutyki będzie sposób pojmowania człowieka, świata i społeczeństwa. Jeden ze współczesnych teologów zauważył, iż myślenie faryzeuszy jest o wiele bardziej podatne na argumentację w rodzaju Marksa czy Freuda, którzy widzą w religii odbicie „pieniądza-symbolu” bądź widmo autokratycznego Ojca. Spojrzenie Jezusa zaś wymyka się jakiejkolwiek ideologii; proponuje zupełnie inną drogę niż władza i pieniądze, owe dwie pułapki, w które faryzeusze i saduceusze chcieli Go schwytać.

Dlatego Jezus decyduje się na oskarżenie faryzeuszy i znawców Pisma, którzy – głośno oznajmia – „dopełnili miary ojców”, nie przyjmując zbawczego orędzia. Wygłasza elenchos, czyli swoistą mowę sądową, podającą przyczyny oskarżenia przeciwnika, wraz z odpowiednimi dowodami. W tradycji homeryckiej słowo elenchos oznaczało oskarżenie, ale także naganę. Nic zatem dziwnego, że rozrasta się sprzeciw wobec Jego działalności. Na domiar złego, w kręgu samego Jezusa zaczyna kiełkować zaczyn zdrady. Więź łącząca Go z uczniami powoli kruszy się. Piotr zaprze się Umiłowanego Pana trzykrotnie; Judasz wyda wrogom, inni skryją się w bezpiecznym oddaleniu.

ZDRADA

Od świtu dochodzi do nas głos zdrady. Musimy – paradoksalnie – przyjąć mroczne postępowanie Judasza. Pozostaje on dla nas bezsprzecznym wyrzutem sumienia. W jakim sensie zawsze jesteśmy po jego stronie. Każdy grzech świadczy o tym bezpośrednio. Nie sposób zaprzeczyć, że zdradzamy Jezusa małodusznością, obojętnością na Jego miłość, lekceważeniem przykazań i ewangelicznych zaleceń.

Skoro tak, pytamy: co motywowało Judasza do zdrady? Pierwotna katecheza Kościoła na ogół milczy w tej sprawie. Podkreśla się chciwość Judasza, zarządzającego wspólnym majątkiem grupy otaczającej i współdziałającej z Jezusem. Ale przecież Judasz na swój sposób musiał kochać Nauczyciela. Chciał być przy tym wierny zarówno żydowskiemu Prawu, jak i samemu Jezusowi. Znalazł się w zabójczej dla siebie sytuacji. Być może też chciał swoim postępkiem, jako zwolennik zelotów, przymusić Jezusa do wzięcia przywództwa narodowego oporu. Niestety, ten manewr mu się nie udał, zmuszając go w konsekwencji do samobójstwa.

Jezus wie o tym wszystkim; rozumie rozterki Judasza, nie może wszelako powstrzymać go od czynów jego własnej wolności, która każe mu wątpić w możliwość uzyskania przebaczenia. Judasz słyszał Jezusowe nauki o miłosierdziu, widział łaskę powrotu do normalnego życia, jaką została obdarzona nierządnica albo celnicy, znał przypowieść o synu marnotrawnym. Był przygotowany na pokorną skruchę, potwierdzoną łzami, a jednak przegrał z rozpaczą. Nie zdecydował się na przyjęcie Jezusowej życzliwości, która wszak nie ma granic.

To dla nas wyraźna przestroga. Największa z naszej strony nieprawość nie odłącza od miłosiernego serca Zbawiciela, co jednak nie znaczy, że wszystko nam wolno. Zostaliśmy – z Bożej woli – odkupieni krwią Chrystusa, który wziął grzechy świata na swoje barki i przepalił je cierpiącą miłością. Odtąd, jeżeli potrafimy kochać, zbliżamy się do nieba, stanu wiecznej szczęśliwości. Kiedy zaś włada nami egoizm, popadamy w stan piekielnego odtrącenia. Tych określeń używamy dzisiaj z przesadną ostrożnością. Nie możemy jednak zapominać o paraleli między wiecznością życia i wiecznością odrzucenia. Inaczej nie wyrwiemy się z kręgu zarysowanym przez dramatyczne losy Judasza.

WIELKI CZWARTEK

„Pierwszy dzień Przaśników, kiedy zabijano baranka paschalnego” (Mk 14,12) – to dla katolików dzień przebogaty w religijne znaczenia, mieniący się teologicznymi odcieniami. Mamy tedy wspomnienie Ostatniej Wieczerzy, święta Eucharystii i ustanowienia sakramentu kapłaństwa; mamy wzruszające i dające do myślenia obmycie nóg, zwane Mandatumi całą wieczorną liturgię, przenikniętą Jezusowym przeczuciem straszliwej śmierci. Splątane jest ono z owym przewidywaniem nadzieją, że dążenie ku kresowi życia jest zawsze wzrastaniem ku szczęściu, które bez Chrystusa w ogóle nie byłoby możliwe. Apostołowie piszą, że Ostatnia Wieczerza była ucztą paschalną. Zachowano bowiem pewne tradycyjne elementy żydowskiego rytuału paschalnego. Ten rytuał miał charakter ofiarny. Izraelici nie zrozumieliby religii, która pozbawiona byłaby składania ofiar, zwierzęcej krwi, gdyż ofiara uświęca wszystkie wymiary życia, zwłaszcza przy okazji świąt lub pielgrzymek.

Nam, dzisiaj taki realizm pozostaje zasadniczo obcy, przypomina przemoc, choć Jezus nie przekreśla tej atmosfery grozy, „łamania”. Tym bardziej, jak podkreślają egzegeci, Jego śmierć jest dlań stale obecna, śmierć, która jednak ma ludzkości przywrócić życie. Dlatego Jezus czyni coś absolutnie łaskawego i ludzi uszczęśliwiającego. Pozostawia światu testament: Eucharystię będącą bezkrwawym, sakramentalnym powtórzeniem Jego ofiary. Jak to się dzieje?

Kościół przywołuje słowa i gesty uczynione przez Jezusa w czasie Ostatniej Wieczerzy. Mamy tutaj do czynienia z identycznością między eucharystycznym pokarmem Kościoła, a ciałem i krwią Chrystusa. Ten pokarm jest ciałem, które Jezus ofiarował na Ostatniej Wieczerzy, jest ukrzyżowanym ciałem Jezusa i dlatego, kiedy je spożywamy, głosimy śmierć Jezusa jako zbawczą i czynimy ją skuteczną. Jest ciałem i krwią Wywyższonego, Chwalebnego, a ich spożywanie włącza jednostkę do duchowego ciała Jezusa Chrystusa.

Z tego powodu nigdy nie możemy zapomnieć, że Eucharystia to sakrament ofiary. W przeciwnym razie okażemy się prymitywnymi realistami, według których ciało Chrystusa na ołtarzu zostaje przekształcone (przez upokorzenie lub boleść), albo też będziemy propagatorami jałowego symbolizmu, zaprzeczającego, jakoby Msza święta była prawdziwą ofiarą, prowadzącą bezpośrednio do tajemnicy zmartwychwstania.

Uczniom Jezusa – podobnie, jak i nam obecnie – nie było łatwo to zrozumieć i przyjąć. Zapewne oczekiwali niezwyczajnego triumfu, a otrzymali Eucharystię. Trzeba będzie wielkiej pracy ich ducha, aby mogli pojąć, że powinni stale czuwać, spodziewając się nastania Bożego pokoju. Doświadczą wiele przeciwności, aż dojdą do źródła osobistej mocy: Jezusa, który jest blisko i który wymaga aktywności tu i teraz, nie zaś wpatrywania się w jakąś utopijną przyszłość.

WIELKI PIĄTEK

W Wielki Piątek bardzo się duchowo trudzimy. Słowo „trudzimy” oznacza, że ciąży nam natłok wrażeń i wewnętrznych emocji. Ostatnie dni życia Jezusa wymuszają niejako na naszym ciele krople potu i drżenia. Ten, kogo staramy się kochać, zostanie nieludzko potraktowany i wywyższony na krzyżu, męką brutalną, niegodną najlichszego stworzenia. Po wczorajszym paschalnym wieczorze udali się wszyscy „za potok Cedron”, na Górę Oliwną. Tam Jezus, w otoczeniu Piotra, Jakuba i Jana, przeżywa chwile agonii, ogromnego wysiłku duchowego i napięcia mięśni.

W kulturze greckiej słowo „agonia” oznaczało to wszystko, co odbywało się w „agonii”, a więc podczas wyścigów konnych, zapasów atletów walczących o palmę zwycięstwa. Walka ta wymagała wielkiego wysiłku i samozaparcia. Później agonia zaczęła oznaczać wszelki niepokój, a szczególnie strach towarzyszący zmaganiom ze śmiercią. Jezus będąc w agonii właśnie, modlił się, chcąc przezwyciężyć narastającą trwogę. Ale też dzielił się nią z będącymi blisko apostołami, wypowiadając fragment psalmu 42.:

Jak łania, co spragniona jest ożywczych zdrojów,
tak za Tobą, mój Boże, tęskni dusza moja.
Dlaczego duszo moja jesteś przygnębiona?
Czemu się z niepokojem tłuczesz w moim łonie?
(tłum. Stanisław Schramm)

W tej Jezusowej agonii przeplatają się ze sobą modlitwa, wolność i ufność. To koniec jednego świata i początek drugiego, który rodzi się w mękach. Pamiętamy: agonia znaczy walka. W Jezusie dokonuje się, w tej nocnej scenerii, zmaganie, którego owocem będzie kiełkowanie niezniszczalnego ziarna – od tej chwili miłość będzie już zawsze możliwa, bo już zawsze będzie Ktoś, kto kocha w sposób bezinteresowny, imponujący, bezgraniczny. Słusznie powiedziano, że Jezus nie oddał siebie ani przywódcom religijnym, ani politycznym, ale grzesznikom w jakiejś przedziwnej ufności, która rozbraja przeciwnika. Tam, gdzie nie było miłości, Jezusowa miłość oddała siebie, siebie zasiała i z obumarłego ziarna zrodziła się miłość zbawcza. Przedtem jednak musiała nastąpić zdrada, doszło do uwięzienia Jezusa, procesu, biczowania, ukrzyżowania i śmierci.

Powinniśmy położyć się na chłodnej ziemi, odczuć jej chropowatość, ciężar, zachować całkowite milczenie. Dzień wielkopiątkowy wymaga współmilczenia z Ukrzyżowanym, uświadomienia sobie, że to sam Jezus wiedzie nas w to miejsce i chce, abyśmy ten gest pojęli jako „wychowanie” do nadchodzącej radości, umotywowane radością i z powrotem do niej prowadzące. Żebyśmy przyjęli, że w Kościele krzyż jest zawsze czymś teraźniejszym i że nieodwołalnie prowadzi do zwycięskiej, wiecznej radości.

WIELKA SOBOTA

Jezus umarł na krzyżu i został pogrzebany. Jak na ziemi był solidarny z żyjącymi, tak w grobie jest solidarny z umarłymi. Ale owa serdeczna bliskość zyskuje swoją wagę tylko w świetle wydarzenia wielkanocnego, bez którego nie byłoby chrześcijańskiej wiary. Co do tego zgodna jest cała nowotestamentowa tradycja, jak i historycznie wypracowana myśl teologiczna. W tę sobotę więc nie odprawiamy Eucharystii, bo jeżeli nawet obrzędy paschalne odbędą się późnym wieczorem, treściowo przynależą już do liturgii Niedzieli Zmartwychwstania.

Cóż czynimy? Przede wszystkim modlimy się, niektórzy z nas ostatkiem odwagi przystępują do świątecznego sakramentu pokuty; większość biegnie rozpromieniona wiosennym światłem ze święconką, ale najważniejsze pozostaje, by adorować Chrystusa złożonego do grobu, przy którym pełnią straż ministranci, harcerze albo strażacy.

Trwa misteryjna cisza. Dzieją się tajemnice trudne do wyrażenia, choć jasne w swej teologicznej przejrzystości. Jezus „zstąpił do piekieł”. Dotknął samego dna śmierci, rozdarcia i nieszczęścia, jakie ona niesie. Nie jest to jakieś wydarzenie następujące – w sensie czasowym – po śmierci Jezusa, to sama śmierć Jezusa, przynosząca ludziom wyzwolenie z grzechu, to wydarzenie zbawcze, zaniesienie, według teologicznej interpretacji Balthasara, owoców krzyża w otchłań śmiertelnego zagubienia.

Oby tylko nie słabła w nas wiara, oby jasno płonęła, zarysowując przestrzeń wolności, skupiającej wszystkie odcienie miłości. Oby lęk przed Herodem, polityka cesarza, zakusy medialnych korporacji, prywatne słabości, groza cierpienia nigdy nie były w stanie zawrócić nas z tej radosnej, choć najeżonej niebezpieczeństwami, Chrystusowej drogi:

To nic, Jezu, że leżysz w grobie,
jak zwykły śmiertelnik; niech to 
będzie naszą chwilową pociechą, 
naszym wspólnym dobrem. 
Przychodzimy do Ciebie z owocami
pracy i radości; poświęć nas, wznieś
sztandar rezurekcji.

 Ks. JAN SOCHOŃ

Po co nam Wielki Post?

Jednej ze swoich książek o przeżywaniu Boga w miejskiej aglomeracji Carlo Carretto dał tytuł Pustynia w mieście. Tytuł ten trafnie oddaje istotę rozpoczynającego się okresu liturgicznego. Miasto kojarzy nam się z asfaltem i betonem; jest symbolem ruchu, pośpiechu, nerwowości, zabiegania. Pustynia jest przeciwieństwem miasta. Oznacza bezruch, pustkę, samotność, oderwanie od bodźców zewnętrznych, ciszę i spokój. Żyjąc w mieście, bardzo potrzebujemy tej ciszy wewnętrznej, samotności, refleksji, bezruchu pustyni. Psychiatrzy amerykańscy twierdzą, że dla zdrowia psychofizycznego wskazane byłoby przeżycie jednego dnia w tygodniu w całkowitym milczeniu.

 

Kościół, rozpoczynając czas Wielkiego Postu, zaprasza nas na pustynię: Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca (Oz 2, 16). Przez czterdziestodniowe rekolekcje wprowadza nas w duchowe powiązania z historią zbawienia. Wspomnijmy tylko niektóre: czterdzieści dni trwał potop oczyszczający ludzkość z grzechu; czterdzieści lat wędrował Izrael przez pustynię do Ziemi Obiecanej; czterdzieści dni o chlebie i wodzie szedł Eliasz na spotkanie z Bogiem na górze Horeb; czterdzieści dni pościł Jezus na pustyni, kuszony przez złego ducha. Liczba czterdzieści ma znaczenie symboliczne. Oznacza między innymi czas dojrzewania, oczyszczenia, czas nawrócenia, pokuty, powrotu.

 

Nasze czterdziestodniowe rekolekcje przypominają wędrówkę Izraela przez pustynię. Bóg chciał, aby ten czas był dla Ludu Wybranego czasem oczyszczenia, pogłębienia więzi, uświadomienia sobie szczególnego wybrania, głębszej miłości. Tymczasem okazał się czasem odejść, niewierności, szemrania, wątpliwości, niewiary i kuszenia Pana Boga.

 

W naszej wędrówce przez pustynię życia jest podobnie. Nie chcemy iść drogą, którą prowadzi nas Bóg, wybieramy własny sposób na życie, własne recepty na szczęście – swoje i innych. Brak nam odwagi, wytrwałości, cierpliwości, brak szczerości, ufności i wiary. Idziemy przez naszą pustynię sami – mnożąc własne krzyże i uginając się pod nimi.

 

W rozpoczynającym się czasie łaski Bóg chce nam przypomnieć, że nasza wędrówka przez pustynię życia nie jest samotna. Bóg zawsze jest podczas niej obecny, towarzyszy nam, prowadzi, podobnie jak był obecny z Mojżeszem, Eliaszem i Jezusem. Jest obecny nawet gdy o Nim zapominamy, odwracamy się tyłem i idziemy swoją drogą.

 

Czas nawrócenia

 

Wielki Post służy nawróceniu serca. Św. Paweł w liście do Koryntian pisze: W imię Chrystusa prosimy – pojednajcie się z Bogiem! (2 Kor 5, 20). A kapłani, posypując nasze głowy popiołem w Środę Popielcową, nawołują: Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię (por. Mk 1, 14). Nawrócenie serca jest zmianą myślenia, wartościowania i w konsekwencji życia. Czasami jest to zmiana bardzo bolesna. Wymaga nie tylko odwrócenia i zerwania z dotychczasowym, grzesznym stylem życia, ale przede wszystkim nowego kierunku – w stronę Jezusa, bliźnich i życia zasadami Ewangelii.

 

Czas porządkowania

 

Wielki Post jest czasem porządkowania. Przygotowując się do świąt, robimy porządki. Również życie duchowe wymaga porządków. Szczególnie relacje: do Boga, bliźnich i siebie. W Kazaniu na Górze Jezus mówi o trzech prostych środkach, które prowadzą do porządkowania relacji. Są nimi: modlitwa, jałmużna i post.

 

Czas ascezy

 

Wielki Post jest również czasem ascezy i umartwiania zmysłów. Asceza ma w życiu dobroczynne skutki. Pisze św. Atanazy: Zauważ, co czyni post! Leczy on choroby, wysusza nadmierne soki w organizmie, przepędza złe duchy, płoszy natarczywe myśli, nadaje duchowi większą przejrzystość, oczyszcza serce, leczy ciało i wiedzie w końcu człowieka przed tron Boży... Post jest ogromną siłą i niesie z sobą przeogromne skutki!

 

W naszej polskiej tradycji istnieje piękny zwyczaj wyrzeczeń. Rezygnujemy z palenia papierosów, picia alkoholu, kawy czy innych używek, z oglądania telewizji, korzystania z komputera. Dzieci rezygnują ze słodyczy, zabaw i gier komputerowych...

Umartwianie zmysłów i ciała jest konieczne, by mógł wyzwalać się i rozwijać duch. Post daje odpowiedź na pytanie: kim jestem? Ukazuje osobiste zagrożenia i wskazuje, gdzie, na jakim odcinku mam pracować, rozwijać się, walczyć z namiętnościami, słabościami, pokusami... Post konfrontuje nas z grzechami osobistymi, z ciemną stroną życia. W efekcie prowadzi do pokory.

 

Jednak sam post zewnętrzny nie wystarczy. Asceza zewnętrzna powinna prowadzić do wewnętrznej, czyli do porządkowania własnego życia, nadawania mu sensu, poszukiwania właściwych wartości, życia Ewangelią na co dzień. Bez tego kolejny Wielki Post nie zostawi głębszego śladu w naszym życiu.