Co dzieje się z naszą wiarą teraz?

Od najdawniejszych czasów ludzie oczekiwali od Boga czy bóstw w które wierzyli wsparcia w momentach, kiedy coś od nas już nie zależy i zależeć nie może. Teraz chyba łatwiej nam zrozumieć różnicę między wiarą a przyzwyczajeniem, pomiędzy traktowaniem kościoła jak teatru a Pisma św. jak mitologii. Pamiętamy jako ludzie wierzący, co działo się, kiedy Jezus dawał chleb do sytości. Przed oczami być może stoją nam te ewangeliczne sceny, gdy Chrystus uzdrawiał, a tłumy starały się Go przynajmniej dotknąć. Jednak Zbawiciel niesie nam coś więcej niż chleb dla ciała i zdrowie w doczesności. On dając Swoje dary komu chce i jak chce przygotowuje nas do przyjęcia największego daru – Siebie.
 

Co dzieje się z naszą wiarą teraz? Wzmacnia się czy chwieje?  Czy nie zagubiliśmy jej źródłowych treści, łączących z Jezusem i świadectwem Apostołów, tworzących pierwotny Kościół, umocniony tajemnicą tajemnic - zmartwychwstaniem Chrystusa? 

 

Czy przypadkiem nie stajemy się, z dnia na dzień, ludźmi traktującymi niedzielne uczestnictwo w liturgii jako konieczność, to zaś usypia wrażliwość religijną, zamyka ją w coraz bardziej kostniejącym rytuale? Przy tym nacisk procesów sekularyzacyjnych, promujących obojętną postawę wobec wszelkich form nabożnego zaangażowania sprawia, że w wielu środowiskach egzystencjalne odwołania do Boga straciły na znaczeniu i nie wywołują już żadnych osobowych reakcji, nie wpływają też na jakość społecznego życia.

Nie jest to łatwe. Z jednej bowiem strony nie wszyscy wierzący podejmują trud współpracy z Duchem Świętym, tracą religijną odwagę, poddając się aurze wytwarzanej przez współczesny świat, będący w wyraźnej opozycji do chrześcijaństwa; z drugiej zaś strony mamy do czynienia z jawną utratą wśród ludzi zrozumienia istoty Kościoła Chrystusowego. W tej zdecydowanie perfidnej sztuce osłabiania świadomości eklezjalnej znamienną rolę odgrywają środki społecznego przekazu, które zdają się - niemal w imieniu hierarchów - kształtować program duszpasterski Kościoła. Poprzez medialną koncentrację uwagi tylko na zagadnieniach organizacji i reorganizacji struktur kościelnych, kwestiach etycznych, celibatu, roli kobiet w liturgii, homoseksualizmu, inżynierii genetycznej, podkreślaniu, że rządzących Kościołem zupełnie nie interesują moralne aspekty kapitalizmu, przedsiębiorczości, czy problemy pracowników - zatraca się sam nerw obecności Kościoła w świecie, prawda o zbawieniu, wysłużona przez Jezusa na krzyżu. Funkcje Kościoła sprowadza się najczęściej do zaspokajania czysto ludzkich potrzeb, nie-mających wiele wspólnego z tym, czego chciał Chrystus.

Ile w nas Chrystusa?

Benedykt XVI przypominał swego czasu, że Kościół tylko zewnętrznie jest zbudowany przez ludzi. Za tą ludzką strefą znajdują się przecież Boskie, nadprzyrodzone, więc nietykalne struktury. Tego żaden reformator, socjolog, organizator nie ma prawa ani możliwości tknąć. Gdyby pozostać na ludzkim poziomie pojmowania Kościoła, wówczas i prawdy wiary mogą wydawać się arbitralne, a wiara traci autentyczny, zagwarantowany instrument, poprzez który mogłaby się wyrażać. Ewangelia staje się tylko Jezusem-projektem, projektem społeczno-wyzwoleńczym, czysto historycznym, tylko pozornie religijnym, w gruncie rzeczy - ateistycznym. Trzeba za wszelką cenę unikać tego rodzaju myślenia i wracać do podstawowej nauki Kościoła, opartej na fundamentalnym doświadczeniu wiary, dotyczącej Boga i Jego opatrznościowej opieki nad ludźmi i całym kosmosem; wiary, która wyrasta z głębokiego przeżycia, nie wikła się natomiast w spekulacje wiodące najczęściej do religijnych karykatur zagrażających ostatecznie samej wierze. Od tego, czy pozostaniemy osobami wierzącymi, zależy miejsce, jakie będzie zajmował Kościół w społecznościach nowoczesnych.

Chodzi - powtórzmy dobitnie - o zachowanie wizji życia i Kościoła, jaką zaproponował Chrystus. Żeby taka sytuacja mogła nastąpić i umacniać się, powinniśmy wiedzieć, że jesteśmy ludźmi słabymi i zbyt łatwo nie rozgrzeszać się ze zła, które czyha z wielu stron. Płytkie samozadowolenie z siebie to groźna pułapka. Należy również uznać za oczywiste, że to właśnie Jezus ma moc wyzwalania z grzechów, przyjmowania do grona swoich najbliższych, którzy - właśnie dlatego - są zobowiązani do odwzajemniania Mu się wiernością. Nie przez przypadek łacińskie słowo fides oznacza równocześnie i wierność, i wiarę. Skoro zostaliśmy wybrani przez Jezusa, włączeni w Jego duszpasterski krąg, warto ponowić ważne pytanie: jakimi argumentami popieramy swoje zawierzenie Jezusowi? Ile w nich jest Chrystusa, a ile osobistej ambicji, chęci wielkości i zachowywania faryzejskich nawyków?

Uczniowie Mistrza z Nazaretu, wybrani do głoszenia Królestwa Niebieskiego, spełnili powierzone im zadanie. Niektórzy z nich dostąpili nawet łaski męczeństwa. A my? Czy przynależność do Kościoła nas kosztuje? Czy raczej traktujemy swe związki z Kościołem jako obyczajowy dopust, gest uspokajający sumienie albo nawet wybranie tak zwanego mniejszego zła? Tymczasem ponowoczesna rzeczywistość wymaga zaangażowanego prorokowania. Uczeń Jezusa głosi prawdę o ludzkim życiu, sensie historii, przeznaczeniu człowieka, zbawieniu bądź potępieniu. Pozostaje świadkiem Boga żywego. W tym sensie każdy chrześcijanin musi spełniać funkcje apostolskie, tym bardziej że otrzymał chrzest - sakrament wtajemniczenia chrześcijańskiego. Jego posługiwanie ma być konkretne, realistyczne, przezorne, wyczulone na moralne niuanse współczesności. A ponieważ ewangeliczne przesłanie odczuwa się miłującym sercem, stąd też słuchanie będzie właściwe przy próbach uchwycenia tego, czego nie widać, a co objawia się w sposób ukryty i zostaje siłą wiary wydobyte na światło dzienne.

Nie wpadajmy przeto w sieci zastawione przez samych siebie, własną wygodę, wyniosłość i egoizm. Jezus posyła nas - jak Apostołów - abyśmy głosili wieść o szczęściu życia wiecznego. Nie wolno jednak nikogo zmuszać do podejmowania decyzji nacechowanych religijnie. Wiara - "słuchająca, posłuszna, uległa, ufająca i pełna zawierzenia odpowiedź udzielona Bogu", jak to sprawnie ujął Hans Urs von Balthasar, wymaga wolnego rozstrzygnięcia i świadomości, że może będzie trzeba oddać życie, bo sprawą najważniejszą jest wierność słowu Bożemu. Wymaga to ofiary. Niszczenie grzesznych pokus zawsze sprawia niepokój, wywołuje ból, wewnętrzny skurcz. Mam na myśli chociażby niespodziane nadejście choroby czy śmierć osoby ukochanej. Chrystus jednak zaświadcza, że wszyscy mamy szansę zasługiwania na zbawienie. Modlitwa i skupienie wskazują, że Bóg jest tuż obok, że umacnia serca.

Dlatego nie lękajmy się podejmować zadań ewangelizacyjnych we własnych rodzinach, środowiskach pracy, w miejscach życiowej aktywności. Od naszej jedności z Jezusem zależy siła świadectwa, zawsze narażonego na niepowodzenie. Chrystus o tym wie, dlatego obdarzając misją, zachęca, byśmy najpierw uzyskali pokój z samymi sobą, czyli odczuwali samych siebie jako osoby wewnętrznie spójne, jednolite. Nie wyklucza to zasadniczego niezadowolenia z tego, co już uczyniliśmy czy aktualnie czynimy. Niemniej jednak powinniśmy, jak to tylko możliwe, łagodzić konflikty codzienności; niekiedy wystarcza jedno ostrzejsze spojrzenie, pospiesznie wypowiedziane słowo, a już zjawia się żal, zniechęcenie, strach.

Bóg nie jest profesorem

Dlatego szczerze pytajmy: Czy nasze codzienne życie nie powiększa Jezusowego rozczarowania, będącego wynikiem założenia Kościoła? Czy przypadkiem nie żyjemy tak, że - po ludzku sądząc - sprawiamy Bogu ból? Może warto przyznać: Bóg jest z naszego powodu rozżalony, zawiedziony Kościołem, który zamiast chwalić Boga, służyć Mu i wielbić - goni za "cudzymi bogami". Czyż nie bywa tak, że traktujemy na przykład Mszę Świętą jako sposób uzyskiwania kameralnego samozadowolenia; na końcu liturgii rozlegają się oklaski, jeśli przedstawienie było udane, kazanie krótkie i - jak to mówimy - ładne, albo modlitwę pojmujemy jako higienę duszy. Tym, co uodparnia na własne niedociągnięcia, jak i na różnego rodzaju zarzuty dobiegające ze świata, jest wiara, i to wiara poważna, unikająca fideizmu - istnej plagi naszej epoki, mająca uzasadnienie i racjonalne podstawy.

 

Jakie z tego płyną wnioski? Każdy z nas odpowiada za cały Kościół. Odbija niejako we własnym wnętrzu Jego miłość i ciepło. Pozostaje stróżem chrześcijańskiego dziedzictwa i sam nawraca się, oczyszcza, aby ukazywać niczym nieskażoną istotę Kościoła. Doświadczył już bowiem wsparcia Ducha Świętego i zyskał przejmującą świadomość, że nieustająco znajdujemy się wszyscy pod panowaniem prawa Zmartwychwstałego, w życiu i w śmierci przynależąc do Niego. Oby tylko nie słabła w nas wiara, oby jasno płonęła, zarysowując przestrzeń wolności, skupiającej wszystkie odcienie miłości.